Efekt Brzoski. Zniknąć z Google to jeszcze nie zniknąć z sieci
16,1 tysiąca adresów URL objętych polskimi żądaniami usunięcia z Google od początku roku do połowy października. Taką liczbę podała „Rzeczpospolita” w materiale o efekcie Brzoski, powołując się na raport przejrzystości wyszukiwarki. To liczba adresów zgłoszonych do usunięcia, nie skasowanych stron ani ludzi, którzy odzyskali prywatność.
Różnica zaczyna mieć znaczenie, gdy po pozytywnej odpowiedzi Google otwierasz stary link i nadal widzisz swój numer telefonu. Wyszukiwarka mogła zrobić dokładnie to, o co ją poproszono. Publikacja została u jej właściciela.
Szyld Google w Mountain View, 2022. Fot. Dietmar Rabich / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0. Wersja pomniejszona, na stronie dopasowana do ramki.
Co właściwie pokazuje „efekt Brzoski”
Gazeta opisuje wzrost liczby zgłaszanych adresów między lipcem a wrześniem: z 1159 do 2056. Cytowany Robert Niczewski z Bellini Market Research wiąże go z kampaniami przeciw deepfake’om, w tym działaniami Rafała Brzoski przeciw fałszywym reklamom wykorzystującym wizerunek.
Liczby przytaczam za gazetą. Związek z kampanią jest interpretacją jej rozmówcy. Sam wzrost zgłoszeń nie pozwala ustalić, ile osób działało pod wpływem Brzoski, a ile z powodu własnego incydentu. Tym bardziej nie mówi, ile oszustw udało się zatrzymać.
Dla mnie ciekawsza od nazwy efektu jest granica usługi, po którą sięgają ludzie. Chęć usunięcia kompromitującego wyniku, adresu mieszkania i fałszywej reklamy może prowadzić do zupełnie różnych formularzy. Jeden przycisk do wymazania człowieka z internetu nie istnieje.
Google może przestać wskazywać stronę
Google wyjaśnia, że w europejskiej procedurze prawa do bycia zapomnianym usuwa powiązanie wyniku z zapytaniami zawierającymi imię i nazwisko. Ten sam artykuł może nadal pojawiać się przy wyszukiwaniu jego tematu. Operator stosuje też ograniczenia związane z europejskimi domenami i lokalizacją użytkownika. Nie jest to obietnica niewidoczności na całym świecie.
Firma ocenia między innymi aktualność i znaczenie informacji oraz interes publiczny. Wniosek rozpatruje indywidualnie; sama niechęć do publikacji nie gwarantuje zgody. Google przewiduje możliwość zwrócenia się do organu ochrony danych w razie odmowy.
Nie lekceważę takiego usunięcia. Dla kogoś nękanego możliwość znalezienia adresu po samym nazwisku może być istotną częścią zagrożenia. Ograniczenie tej drogi ma sens, nawet jeśli treść nadal istnieje. Trzeba jednak wiedzieć, którą drogę zamknięto, zanim uzna się sprawę za zakończoną.
Dane kontaktowe mają również osobną ścieżkę
Obok procedury prawnej Google ma zasady usuwania prywatnych informacji. Można zgłaszać między innymi adres domowy, telefon, PESEL, dane rachunku czy zdjęcie dokumentu. Firma opisuje również zgłoszenia doxingu, w tym publikację danych połączoną z groźbami lub zachętą do nękania.
Zakres usunięcia zależy od decyzji i zastosowanej procedury. Nie należy zakładać, że każde zaakceptowane zgłoszenie działa tylko na nazwisko albo że zawsze wyłącza cały adres z wyszukiwarki. W odpowiedzi trzeba sprawdzić, co Google rzeczywiście zrobiło.
Formularz wymaga adresów konkretnych stron z danymi. Samo napisanie „usuńcie mnie z internetu” nie wskazuje materiału do oceny. Jeżeli właściciel strony już poprawił lub usunął treść, a wynik nadal pokazuje stare informacje, Google udostępnia także procedurę odświeżenia nieaktualnego wyniku.
U właściciela strony sprawa zaczyna się osobno
UODO przypomina, że art. 17 RODO pozwala żądać usunięcia danych między innymi wtedy, gdy przestały być potrzebne albo były przetwarzane niezgodnie z prawem. Wycofanie zgody może być podstawą żądania, jeżeli nie ma innej podstawy dalszego przetwarzania.
Prawo ma wyjątki. Urząd wymienia między innymi wolność wypowiedzi i informacji oraz obowiązki prawne administratora. Niewygodny artykuł prasowy nie staje się automatycznie materiałem do skasowania. Ocenę konkretnego sporu warto skonsultować z prawnikiem, zwłaszcza gdy ścierają się ochrona wizerunku i interes publiczny.
Praktycznie rozdzieliłbym dwa zgłoszenia: do podmiotu publikującego dane i do wyszukiwarki, która je pokazuje. Zachowałbym adresy, daty i potwierdzenia odpowiedzi. Po decyzji sprawdziłbym oddzielnie wynik wyszukiwania oraz stronę otwartą bezpośrednio. To pozwala odróżnić usunięcie publikacji od ograniczenia jej widoczności.
Fałszywa reklama nie potrzebuje wyniku Google
Reklama podszywająca się pod znaną osobę może docierać do odbiorcy bez wyszukiwania jej nazwiska. Dlatego nie traktowałbym usunięcia wyniku jako potwierdzenia, że platforma reklamowa zablokowała kampanię. Podobnie zgłoszenie profilu na jednym portalu niczego samo w sobie nie mówi o kopiach na innych stronach.
W takiej sytuacji zabezpieczyłbym dowody i zgłosił materiał również platformie, na której go pokazano. Nie trzeba przy tym publicznie powielać cudzych danych ani linkować czytelnikom strony oszustwa. Rozróżnienie między materiałem dowodowym a jego dalszym rozpowszechnianiem jest częścią zasad pracy ze źródłami.
Obietnicę całkowitego zniknięcia z sieci sprawdzałbym więc bardzo dosłownie: z jakiego miejsca, dla jakiego zapytania i na podstawie czyjej decyzji? Wysłany formularz jest początkiem pracy. Jej wynik da się ocenić dopiero po sprawdzeniu, co nadal można otworzyć i znaleźć.
Źródła
Jak pracuję ze źródłami i poprawiam błędy. Znalazłeś błąd? Podaj fragment i źródło.